niedziela, 18 lutego 2018

TONYMOLY | AGE-DEFYING SNAIL HYDRO-GEL FACE MASK SHEET czyli spotkanie ze ślimakiem. 🐌


Hej, hej :)

Nadszedł weekend, trzeba go więc (tradycyjnie) uczcić maseczką. :) 
Dzisiaj sięgnęłam po maskę w płachcie, która kryje w sobie bardzo ciekawy i obiecujący składnik. Swego czasu był dosyć kontrowersyjny, ale obecnie jest na tyle popularny, że chyba raczej już nie wzbudza masowego obrzydzenia. ;) Składnikiem tym jest śluz ze ślimaka, a maska go zawierająca to
Age-Defying Snail Hydro-Gel Face Mask Sheet marki TONY MOLY. 


Śluz ze ślimaka to najważniejszy składnik  maski i jest dość wysoko w składzie, ale mamy tu również algi i tradycyjne zioła koreańskie. 

SKŁAD:


Mucyna ślimaka ma działanie nawilżające, kojące i przeciwzapalne, ale działa również na jędrność i sprężystość skóry.  Zioła koreańskie natomiast intensywnie odżywiają i rozświetlają cerę chroniąc ja przed szkodliwym działaniem czynników zewnętrznych. Maska ma za zadanie nawilżać, rozświetlać, działać ujędrniająco i odmładzająco.


Opakowanie wygląda luksusowo i elegancko ze względu na swoją złotą szatę, ale w środku czeka na nas nie mniej wartościowa zawartość. Przyzwyczajona do bawełnianych płatów z ogromnym zaskoczeniem zarejestrowałam inna formę maski. Okazało się, że maska ma postać hydrożelowego płatu (wiem, jest to napisane na opakowaniu, ale nie skojarzyłam, że chodzi o płat ;)). Jest to bardzo wygodna do nakładania forma (w odczuciu jakby silikonowa), obficie nasączona esencją o śluzowatej konsystencji bez mocnego zapachu. Jak się wwąchałam w preparat wyczułam lekko świeży, cytrynowy zapach. 



Nałożona na twarz bardzo dobrze się trzyma. Na idealnie dopasowanie do twarzy wpływa nie tylko hydrożelowa postać maski, ale również to, że płachta jest w dwóch częściach (każda część oddzielnie zapakowana). Można sobie idealnie dopasować górę (część od czoła do nosa), a potem dół (usta-broda).



 Wszystko pięknie się trzyma, a trzymać to mamy 20-30 minut. Trzymałam maksimum czasu, przez ten czas żel trochę podsechł, a cała zawartość się wchłonęła.


*
Po zdjęciu maski odczułam ewidentne nawilżenie skóry. Jeśli chodzi o efekty wizualne to  zauważyłam lekkie napięcie i ujednolicenie kolorytu cery co dało optyczne wrażenie odmłodzenia. Maska zgarnęła też zmęczenie z mojej twarzy. Specjalnie robiłam ją po pracy, żeby jak najlepiej móc zarejestrować efekty, ponieważ po tego typu maskach efekty są u mnie zazwyczaj skromne. Inaczej ma się u mnie sprawa z maskami oczyszczającymi - tam efekt jest ogromny jeśli maska jest dobra. ;)
Resztki maski wklepałam w skórę i w pewnym stopniu esencja się wchłonęła, ale jak to bywa w przypadku większości maseczek w płachcie skóra pozostała nieco lepka.
Pomimo skromnych efektów jestem z maski zadowolona, bo jednak te efekty były widoczne. Maska zostawiła moją cerę wypoczętą, rozświetloną, nawilżoną, napiętą i optycznie odmłodzoną, więc obietnice producenta zostały spełnione. Ponadto maska ma wyjątkową hydrożelową formę i występuje w dwóch częściach, a to przekłada się na komfort w aplikacji i działaniu. W porównaniu do wielu maseczek w płachcie jakie używałam ta maska zdecydowanie się wybija i mogę ją szczerze polecić.

A Wy, czy macie jakieś doświadczenia z kosmetykami bazującymi na śluzie ślimaka? Ja po tym doświadczeniu myślę o kolejnych kosmetykach z tym składnikiem.  

sobota, 10 lutego 2018

- 417 AROMATIC BODY MOISTURIZER


Hej, hej :)

Zima trwa w najlepsze, więc pojawiam się dzisiaj z produktem typowo zimowym. A oceniam go zimowo ze względu na zapach i działanie...
Czy też tak macie, że dzielicie zapachy na letnie i zimowe? ;)


Produktem tym jest nawilżający balsam aromatyczny marki -417
Marka ta pochodzi z Izraela i produkuje kosmetyki słynące z minerałów z Morza Martwego. 
Nazwa -417 nawiązuje do miejsca pozyskiwania składników, czyli Morza Martwego, które jest ulokowane w najniższym punkcie na ziemi, właśnie 417 metrów poniżej poziomu morza.
W skład produktów wchodzą aktywne minerały, witaminy i naturalne ekstrakty roślinne.
Działanie minerałów i witamin w tych kosmetykach jest spektakularne (używam również innych produktów z tej linii i w dużej mierze muszę się z tym zgodzić), a to co producent obiecuje uzyskać to mega nawilżenie, regeneracja, zdrowa kondycja skóry i działanie przeciwstarzeniowe.
Dodatkowym atutem jest to, że produkty nie zawierają parabenów, olejów mineralnych i nie są testowane na zwierzętach.


Przechodząc jednak do balsamu, oprócz minerałów zawiera on witaminy A, B, E, F, masło shea, wosk pszczeli, olej z nasion winogron, wyciąg z rumianku i z ylang-ylang. Same dobroci, które mają działać na skórę nawilżająco, wzmacniająco i relaksująco.


Kosmetyk ma konsystencję lekkiego balsamu, dzięki czemu szybko się wchłania. Pomimo lekkiej konsystencji skóra jest nawilżona jak po bogatym odżywczo preparacie. Balsam jest  bardzo wydajny, wystarczy odrobina i można nią pokryć duży obszar ciała. Skóra jest w odczuciu miękka, gładka i dobrze nawilżona, a kosmetyk nie pozostawia tłustej warstwy po aplikacji jak to zazwyczaj bywa w przypadku bogatych i odżywczych formuł. Produkt dyskretnie siedzi na skórze nie sprawiając problemu. Jak mocniej przesuniemy palcem po skórze to czuć, że jest natłuszczona, ale przy normalnym dotyku nie ma tego nieprzyjemnego wrażenia. Działanie jest jak najbardziej odpowiednie na tę porę roku, kiedy skóra wielu z nas potrzebuje nawilżenia, natłuszczenia i odżywienia.
Zapach balsamu jest dla mnie typowo zimowy. Jak napisałam we wstępie dzielę zapachy na letnie i zimowe. Zimą lubię otaczać się ciepłymi, słodkimi i cięższymi aromatami. Ten zapach idealnie wpisuje się w panującą porę roku. Jest ciepły i otulający. Trochę ciężki, orientalny, korzenny, lekko słodki, ale nie typowo "jadalny", tylko elegancki i kobiecy. Działa kojąco na zmysły. Zapach balsamu, pomimo, że miękki i otulający, jest jednocześnie zaskakująco trwały. Zawsze po wieczornej aplikacji roztaczam wokół siebie zmysłową, aromatyczną mgiełkę.
Jestem zauroczona tym kosmetykiem, dlatego postanowiłam mu poświęcić te kilka słów w recezji. Jak będziecie mieli okazję wypróbować ten lub inny produkt -417 myślę, że warto.

Mieliście już do czynienia z -417? Wiem, że czasami trafiają się w boxach.







niedziela, 4 lutego 2018

NACOMI ZIELONA GLINKA | Maseczka, którą sama zrobiłam. ;)


Hej, hej :)

Witam w weekend. A jak weekend to maseczka. ;) 
Uwielbiam ten czas kiedy mogę odpocząć, zrelaksować się i wziąć się za to co lubię najbardziej. Otwieram wtedy swoje domowe Spa i biorę się za maseczkowanie.  Lubię przeróżne maseczki, ale tak szczerze mówiąc, przy mojej tłustej cerze najlepiej sprawdzają się maseczki oczyszczające. Te dają najlepszy i widoczny efekt na mojej twarzy. W związku z moimi preferencjami posiadam bardzo dużo maseczek bazujących na glince i często je  sobie aplikuję. Wszystkie te moje glinkowe maseczki łączy jedna rzecz - są to maski gotowe. Dzisiaj natomiast postanowiłam zmierzyć się z glinką w proszku. ;) Bardzo byłam ciekawa czy robiona maseczka z glinki w proszku będzie lepsza od gotowca i na czym polega różnica?


Do eksperymentu użyłam maski Zielona Glinka z Nacomi.  Jest to maska oczyszczająca do twarzy i ciała, ale ja użyłam jej tylko do twarzy. Maska jest przeznaczona do cery tłustej, mieszanej i trądzikowej. Jest to kosmetyk w 100% naturalny, w skład wchodzi tylko i wyłącznie glinka zielona. Umieszczona jest w plastikowym słoiku i ma 138 gr. Po odkręceniu wieczka naszym oczom ukazuje się dodatkowe zabezpieczenie. 


A jak dostaniemy się w końcu do słoiczka widzimy szaro-beżowy proszek - to wspomniana  wyżej zielona glinka.  Produkt nie posiada żadnego zapachu. 
Zadaniem tej maski jest oczyszczenie z toksyn i odżywienie skóry. Glinka posiada właściwości odtłuszczające, matujące i lekko złuszczające skórę. Mikroelementy zawarte w glince (wapń, magnez, cyn, miedź i fosfor) wspomagają regenerację i dotlenienie skóry. Maska działa antybakteryjnie, wspomaga procesy gojenia i zapobiega pojawianiu się wągrów i wyprysków.


Żeby ją sobie zaaplikować należy ją rozrobić z wodą, hydrolatem lub olejem. Wystarczy odrobina proszku, żeby wygenerować odpowiednią ilość maski.


Ja eksperymentowałam z hydrolatem. Ponieważ mam na stanie hydrolat różany maska przybrała zapach róży damasceńskiej. ;)


Po zmieszaniu maski z hydrolatem otrzymujemy błotko, jak widać poniżej. Moje błotko ma trochę grudek, nie udało mi się rozmieszać preparatu idealnie. ;)
Maseczkę należy nałożyć na twarz i zmyć po wyschnięciu. Od razu jak poczułam, że zaczęła zasychać wzięłam za zmywanie.
Jaki dała efekt?


Po zmyciu glinki moim oczom ukazała się oczyszczona i rozjaśniona cera. Skóra była wyraźnie wygładzona, zmatowiona, a  pory zmniejszone. Odczuwałam też lekkie ściągnięcie, ale naprawdę lekkie i komfortowe, takie jakie bym chciała odczuwać po aplikacji kosmetyków na co dzień. W dotyku skóra była gładka i sucha, bez odczucia minimalnej nawet  tłustości. 
Wiem, że maski z glinką potrafią takie cuda, ale tu efekty były naprawdę spektakularne. Maska zasiliła grono moich maseczkowych ulubieńców i naprawdę szczerze ją polecam, szczególnie osobom posiadającym tłustą i problemową cerę.

A Wy? Czy macie doświadczenie z maseczkami samodzielnie robionymi? :)


środa, 31 stycznia 2018

LA ROCHE POSAY | CICAPLAST BAUME 50 | W poszukiwaniu kremu idealnego...


Hej, hej :)


Kiedy przychodzi zima wraz z całym swoim ekwipunkiem (mrozy, wiatry, ekstremalne warunki pogodowe) zaczynamy poszukiwania odpowiedniego kremu na zimę. Niestety, często kremy zimowe są tłuste i treściwe, co sprawia, że niechętnie po nie na co dzień sięgamy, ale jednak chcemy chronić swoją skórę przed niskimi temperaturami i uszkodzeniami. Większą motywację maja osoby często przebywające na zewnątrz albo uprawiające sporty zimowe. A ponieważ ferie właśnie trwają, okazji do wyjazdów i spędzania wolnego czasu na świeżym powietrzu nie brakuje. 
Ja co roku o tej porze poszukuję dobrego kremu ochronnego na zimę. Mam duże wymagania, bo oprócz tego, żeby dobrze chronił przed zimnem i wiatrem oraz nie tworzył smalcu na twarzy, chcę żeby był odpowiedni dla całej rodziny. Buszując po blogach i zgłębiając tajniki zasobów świata kosmetycznego znalazłam taki kosmetyk. Co więcej, ma dodatkową, rzadko spotykaną w kremach zimowych zaletę (właściwie to spotykam się z tym pierwszy raz), a mianowicie ochronę przeciwsłoneczną. W przypadku osób uprawiających sporty zimowe jest to bardzo ważne. Na stokach słońce (przy dobrej pogodzie) potrafi operować bardzo mocno. Tak, to bardzo dobry pomysł, żeby zimowy krem do twarzy oprócz składników ochronnych zawierał również filtr przeciwsłoneczny!
Taki pomysłowy okazał się Cicaplast Baume 50 La Roche Posay.


Krem ten zamknięty jest w 40 ml tubce miękkiej, estetycznej tubce. Konsystencja, adekwatnie do nazwy (baume), przypomina balsam. Produkt jest bezzapachowy. 
Dosyć szybko się wchłania zostawiając skórę tępą, matową w odczuciu (nie czujemy tłustości na twarzy), natomiast wizualnie lekka poświata jest, ale naprawdę niewielka. W porównaniu do innych, zazwyczaj ciężkich kremów zimowych ten kosmetyk jest stosunkowo lekki.



Z założenia Cicaplast to krem ochronny, regenerujący i kojący, przeznaczony do skóry podrażnionej. Przynosi ulgę w swędzeniu i przy pieczącej skórze. Jest zalecany na przeróżne uszkodzenia skórne, poparzenia, ukąszenia. To krem przynoszący ukojenie i ratunek potrzebującej skórze, ale też zmniejsza powstawanie czerwonych i brązowych przebarwień. 

A co konkretnie jest w składzie kremu?
- panthenol (5%) łagodzący podrażnienia
- madekasozyd optymalnie regenerujący naskórek
- minerały cynk i miedź działające przeciwbakteryjnie i ochronnie
- ceramid procerad przeciwdziałający przebarwieniom
- stabilne filtry UVA/UVB spf 50

Cicaplast Baume 50 to naprawdę godny polecenia krem na zimę. Oprócz samego w sobie dobroczynnego działania na skórę doskonale chroni ją przed niekorzystnymi czynnikami atmosferycznymi i dodatkowo chroni przed promieniowaniem UV. Tyle zalet w jednym, niepozornym kremie, a jego koszt to ok.40 zł.

A Wy macie już swój typ na zimę? :)

sobota, 27 stycznia 2018

NOWOŚCI STYCZNIOWE


Hej, hej :)

Zapraszam Was na styczniowe nowości na mojej kosmetycznej półeczce. :) Pomimo, że okres świąteczny obfitował w promocje i obniżki cen to okazjom cenowym jednak wciąż nie ma końca, wiec skusiłam się na to i owo. ;) Udało mi się znaleźć w atrakcyjnych cenach kosmetyki, które miałam w planach przetestować.


Na Tagomago.pl została obniżona cena jednego z zapachów, które miałam w planach - Olympea Paco Rabanne. Lubię ten słodko-słony zapach. Wanilia, sól i nuty drzewne to najbardziej wyczuwalne nuty zapachowe tej kompozycji. 
Tagomago natomiast to perfumeria internetowa, gdzie według moich obserwacji najtaniej można kupić perfumy. Wiadomo, że różne okazje mogą trafić się również w innych miejscach, ale tu jednak najczęściej udaje mi się kupić perfumy w najlepszej cenie. 


W Bath&Body Works zastała mnie również atrakcyjna promocja. Słynne myjadła do rąk były po 15 zł, więc skusiłam się hurtowo na kilka. Z mydełkami do rąk B&BW różnie bywa; czasami trafi się nieciekawy zapach, a czasem przecudny. Ja dopóki nie trafiłam na piękny zapach (Sparkling Alpine Woods) to myślałam: mydło jak mydło. ;)  A jak trafiłam na przepiękny to mam ochotę dalej poznawać zapachy B&BW i wzbogacać się o nowe, zapachowe doznania. 
Wybrałam zatem: Citrus & Oak Leaves, Jasmine & Tiger Lily, Lemon Snowflakes i Merry Berry Christmas - wszystkie świeże. Zobaczymy jak się sprawdzą podczas mycia, bo tak naprawdę dopiero wtedy można sprawdzić jaki i jak trwały zapach.
Do koszyczka wpadł mi też balsam z wyprzedawanej serii Bali Blue Surf, do którego mam mgiełkę.


Comiesięczna wizyta w Yves Rocher . Zakupiłam mój niezbędnik do demakijażu  dwufazowy płyn do demakijażu z wyciągiem z bławatka oraz świąteczny kremik do rąk Marvellous Berries. W styczniu YR stałym klientkom oferował balsam do ciała Nature Plaisirs w wybranym zapachu. Ja wybrałam lawenda-jeżyna. Bardzo lubię ten zapach i bardziej wyczuwam (na szczęście) jeżynę. ;)


Kolejny nabytek to lakiery hybrydowe. Z racji panującego obecnie czasu karnawału brakowało mi typowego lakieru z drobinkami, zakupiłam więc Pegasus Neonail. Czarny z różnokolorowymi (ale małymi) drobinkami. Od przyjaciółki dostałam jeszcze przepiękny Cyclamen i Sensual Silence. Tak więc moja hybrydowa rodzina powiększa się. :D


W Origins trafiłam na promocję - 25% na zestawy, postanowiłam więc w końcu skusić się na planowane od dawna maseczki. Przywracającą blask Original Skin z różową glinką, oczyszczającą pory z węglem Clear Improvement i mega nawilżającą Drink Up Intensive.
Drugi zestaw też zawiera perełki. Miniatury z serii GinZing - Energising Eye Cream energizujący i rozjaśniający krem pod oczy i Energy Booster Gel Moisturizer żel-krem na dzień oraz High-Potency Night-A-Mins - bogaty krem na noc z minerałami odnawiający skórę.




Znacie któreś z moich nowości? 

poniedziałek, 22 stycznia 2018

SEPHORA ROSE LIP MASK - ratunek dla ust?


Hej, hej :)


Jak wasze usta zimową porą? Nie jest to korzystna pora roku dla nich ze względu na niskie temperatury na zewnątrz i okres grzewczy w mieszkaniach. Wiele z nas szuka cud-balsamów do pielęgnacji ust albo ratuje się domowymi sposobami, a co z maskami na usta? Czy są one dobre?
Przyznam, że pomimo mojego maseczkowego szaleństwa maski do ust jeszcze nigdy nie miałam. Ostatnio więc przeglądając ofertę masek w Sephorze stwierdziłam, że czas najwyższy i na taki eksperyment się skusiłam.


Sephora ma w ofercie dwie maski do ust: z masłem shea i z wyciągiem z róży. Ja skusiłam się na różaną. Maska ta ma przywrócić ustom nawilżenie i zmiękczenie w 15 minut. 


SKŁAD:

Water, Butylene Glycol, Glycerin, Propanediol, Arginine, Carbomer, Xanthan Gum, Panthenol, Allantoin, Sodium Hyaluronate, Sodium Citrate, Phenoxyethanol, Dipotassium Glycyrrhizate, Polysorbate 20, Disodium EDTA, Tocopheryl Acetate, Mangifera Indica (Mango) Fruit Extract, Leontopodium Alpinum Extract, Rosa Centifolia Flower Extract


W opakowaniu znajduje się maska w płacie na usta jednorazowego użycia. Przed zastosowaniem jej trzeba oddzielić od maski film ochronny. Na opakowaniu jest bardzo czytelna instrukcja obrazkowa. ;) 


Płat maski jest bardzo nasączony. Jest stosunkowo duży i obejmuje również okolicę ust. Bardzo dobrze przylega i trzyma się ust przez cały czas działania, a trzymać maskę na ustach mamy przez 15 minut.


Po zdjęciu maski płat jest suchy, więc wszystko wchłonęło się w usta. Usta są nawilżone i miękkie, zatem obietnice producenta zostały spełnione. Pokryte są ochronnym filmem (jaki dają pomadki ochronne) i są jakby nawoskowane. Ta dodatkowa warstwa daje też uczucie  lepkości. 
Na zdjęciu widać tę warstwę i delikatną poświatę.


Obietnice producenta zostały spełnione, ale... na 1 dzień.  
Następnego dnia usta były w takim stanie w jakim były przed nałożeniem maseczki, więc nie jest to produkt - cud i moim zdaniem zakup tej maski nie ma większego sensu, no chyba, że lubimy gadżety i chcemy sobie sprawić przyjemność zabiegiem kosmetycznym od czasu do czasu.

A Wy mieliście do czynienia z jakąś fajną i skuteczną maseczką na usta?

środa, 17 stycznia 2018

ULUBIEŃCY KOSMETYCZNI 2017

Hej, hej

Na blogach nastał teraz czas podsumowań i wszędzie mnożą się listy ulubieńców kosmetycznych. Na takie podsumowanie minionego roku postanowiłam pokusić się i ja. ;)
Pokażę Wam moich kosmetycznych ulubieńców i moje kosmetyczne odkrycia minionego roku. Kosmetyki, które uwielbiałam nosić w tym roku i które najlepiej się u mnie sprawdziły. 
 O dziwo, niektóre pozycje pozostają bez zmian drugi rok, czyli jak widać nie znalazłam lepszego następcy wśród nowości.



Moim największym odkryciem i niekwestionowanym nr 1 wśród nowości dokonujących zmian w moim kosmetycznym świecie były w tym roku hybrydy.
Zachwycił mnie efekt, trwałość lakieru i wygoda. Dzięki nim mogę mieć w końcu długie i piękne paznokcie. Ja zaczęłam od zestawu startowego Semilac, z którym gładko weszłam w świat hybryd, ale poszerzyłam już swoją kolekcję o lakiery innych firm.


Kolejne super odkrycie pochodzi z kategorii akcesoriów. Jest to gąbeczka do nakładania podkładu Beauty Blender. Podkład nałożony nią o wiele lepiej wygląda niż nałożony palcami. Efektem jest gładka, świeżo i naturalnie wyglądająca cera, bez widocznych porów i skórek oraz bez nadmiaru podkładu na skórze. To mój drugi egzemplarz. Tym razem wybrałam wersję Nude, która ponoć jeszcze lepszy efekt zostawia na twarzy. 


Najlepszy krem CC jaki miałam do tej pory to 123 Perfect CC Cream Bourjois. Ładnie kryje, ujednolica, wygładza i optycznie odmładza. W sumie to z powodzeniem może zastępować podkład. Mam odcień 32 Light Beige, jest to jasnożółty odcień, idealny dla mojej karnacji.


Z tej samej serii 123 Perfect Bourjois pochodzi mój ulubiony podkład. Ładnie ujednolica, kryje i wystarczająco matuje. Trzeba dodać, że Bourjois ma fajne, żółtawe odcienie.


Najlepszy puder jaki do tej pory mi się trafił i zawsze wywołuje zachwyt w moich oczach po aplikacji to Rimmel Lasting Finish 25 HR.  Pięknie ujednolica  cerę, kryje przebarwienia i ładnie matuje dając aksamitne i miękkie wykończenie. Traktuję go jako podręczny puder  do torebki, ale tak naprawdę to podkład w pudrze, więc może być również stosowany jako podkład na sucho (może być również stosowany na mokro). Stąd zapewne też jego cudowne, kryjące właściwości. Do pudru załączone jest lusterko i gąbeczka w oddzielnej przegródce.


Najlepszy korektor jaki do tej pory spotkałam to Golden Rose Concealer & Corrector Crayon. Po pierwsze  korektor w kredce to bardzo wygodna dla mnie forma aplikacji. Ma też przyjemną konsystencję, niby kremowa ale lekka. Nie wchodzi w pory, nie odznacza się, a pięknie wygładza, rozjaśnia i w miarę dobrze kryje. Ładnie leży na skórze cały dzień i nie przesusza. Ja mam odcień 04.


Od marki Golden Rose mam jeszcze jednego ulubieńca. Jest to stosunkowo niedawne odkrycie, a mianowicie Miracle Pencil - kredka do konturowania ust. Może być również stosowana do oczu, ale ja jej używam jedynie do ust. Ma cielisty, beżowy kolor i ładnie podkreśla  kontur ust. Usta wydają się być pięknie i równo wycięte. 


Jak jesteśmy przy ustach to kolej na mojego ulubieńca wśród szminek. 
Lubię nosić przeróżne kolory i konsystencje na różne okazje i mam całkiem pokaźną kolekcję. Pomimo to jest w moich zbiorach pomadka, którą noszę niemalże codziennie z ogromną satysfakcją, a jej kolor należy do moich ulubionych. Jest to Maybelline ColorSensational 250 Mystic Mauve. Kolor ma wyjątkowy (nie znalazłam podobnego w ofercie innych marek), konsystencja kremowa i komfortowa w noszeniu i bardzo ładnie prezentuje się ustach. Ogólnie muszę przyznać, że bardzo lubię pomadki Maybelline ColorSensational i mam już ich kilka w kolekcji.


Czas na oczy. Mój ulubiony tusz do rzęs to Benefit they're Real! 
Po przetestowaniu wielu ten tusz daje mi efekty najbardziej zbliżone do idealnych. Wydłuża, pogrubia, zwiększa objętość, wyraźnie je zaznacza i zagęszcza, a kolor jest prawdziwie czarny. Efekt najbardziej zbliżony do efektu sztucznych rzęs. Poza tym nie osypuje się, nie rozmazuje i nie odbija. Jak na razie najlepszy!


Również z Benefitu pochodzi mój kolejny ulubieniec, pomada do brwi KA-BROW! Dzięki tej pomadzie jestem w stanie wyczarować idealne brwi. Nigdy wcześnie nie rysowało i nie wypełniało mi się brwi tak łatwo i z tak ładnym i naturalnym efektem. Do kosmetyku dołączony jest precyzyjny pędzelek. Mam kolor 2, niby jasny, a da się nim zrobić ciemną jak i jaśniejszą kreskę, zależnie od ilości aplikowanego kosmetyku. Pomada ta jest moim ulubieńcem już drugi rok.




Kolejny ulubieniec to preparat do demakijażu, a w tej roli bez zmian masło rumiankowe The Body Shop. Jest to masełko, które po aplikacji na skórę i wmasowaniu zamienia się w olejek. Zmywa makijaż szybko i skutecznie, nawet oczy! Nie powoduje żadnego dyskomfortu przy zmywaniu. Rewelacja!


I największy ulubieniec ze wszystkich, darzę go miłością absolutną - zapach La Vie Est Belle Lancome. Był moim ulubieńcem rok temu, jest nim i w tym roku. Na dzień dzisiejszy mogę powiedzieć, że to zapach życia. ;) Słodka pralina i mocna paczula wraz wieloma innymi nutami zapachowymi w tle sprawiają, że zapach ten jest kobiecy, elegancki i z klasą.
Czuję się w nim wyjątkowa!



Czy są wśród moich ulubieńców Wasi ulubieńcy? Znacie któreś z nich? :)