niedziela, 15 kwietnia 2018

ISANA | LEMON TASTE 🍋


Hej, hej :)

Lubicie wynalazki do kąpieli i pod prysznic? Ja tak i zawsze skuszę się na przetestowanie czegoś nowego i ciekawego. Formę pianki pewnie wiele z Was już doświadczyło. Ja też, ale dzisiaj chciałam podzielić się wrażeniami z testowania pianki pod prysznic
Isana LemonTaste, ponieważ z pewnych względów nie mogę obok niej przejść obojętnie.


Pianka pod prysznic Isana Lemon Taste zawiera olej z awokado i kremową, łagodną konsystencję, dzięki której oczyszcza i pielęgnuje skórę. Skusiłam się na nią ponieważ uwielbiam cytrusowe zapachy i byłam jej ciekawa, a producent zapewnia nas o uwodzicielskim zapachu cytryny. 


Pianka posiada oprócz tego tego atrakcyjne opakowanie z przyjemną dla oka grafiką. Przed aplikacją należy produkt wstrząsnąć. Konsystencja jest oczywista, pojemnik wypuszcza dużą ilość kremowej i sztywnej pianki. 



No i ten zapach! Spodziewałam się rześkiej cytryny, a jest... przesłodzona tarta cytrynowa. Zamiast świeżej cytryny mamy słodkie ciastko z lukrem cytrynowym, tak słodkie i ciężkie, że aż mdli. Bardzo jestem zawiedziona i nie jestem w stanie dłużej jej używać. Przez zapach wzbudziła we mnie tak negatywne odczucia, że postanowiłam ostrzec wielbicielki prawdziwie cytrynowych zapachów. Zwolenniczki słodkich, jadalnych zapachów może będą usatysfakcjonowane.
Plusem jest atrakcyjne opakowanie, ciekawa, nowatorska konsystencja i niska cena (5,99 zł), ale zapach przekreśla jak dla mnie wszystkie te zalety. Na szczęście nie jest trwały i po zmyciu nie czuć go na skórze.
Nie pierwszy raz zapach Isany mnie rozczarował (żele juz przestałam kupować), ale miałam ostatnio mydło w w piance Isany o zapachu brzoskwiniowym i tam zapach był cudowny i bardzo realny. Miałam nadzieję, że tak będzie też w przypadku pianki, ale niestety. :/

Co sądzicie o produktach Isany?

wtorek, 10 kwietnia 2018

PIERRE RENE | SKIN BALANCE COVER


Hej, hej :)

W wielu drogeriach nadchodzi teraz czas promocji na produkty do makijażu. 
W związku z tym postanowiłam podzielić się z Wami moimi wrażeniami z użytkowania takiego produktu, a mianowicie podkładu rodzimej marki Pierre Rene Skin Balance Cover.





Jest to wodoodporny podkład kryjący. Ma za zadanie maskować wszelkie niedoskonałości skóry oraz perfekcyjnie dopasowywać się do skóry przywracając jej blask i elastyczność. Unikalna formuła kosmetyku dobrze się wchłania i utrzymuje przez wiele godzin. Producent obiecuje promienny i młody wygląd. Luksusowa formuła zawiera ekstrakty roślinne oraz witaminę E.

SKŁAD:
CYCLOPENTASILOXANE, AQUA, DIMETHICONE, PROPYLENE GLYCOL, TRIMETHYLSILOXYSILICATE, SODIUM CHLORIDE, PEG/PPG-18/18 DIMETHICONE, TRIHYDROXYSTEARIN, MAGNESIUM STEARATE, LAURETH-9, METHYL-PROPYL-BUTYLPARABEN, DIAZOLIDINYL UREA, CAMELLIA SINENSIS LEAF EXTRACT, CUCUMIS SATIVUS (CUCUMBER) FRUIT EXTRACT, TOCOPHERYL ACETATE, PARAFUM [MAY CONTAIN/ MOŻE ZAWIERAĆ (+/-):CI 77891, MICA, CI 77499, CI 77491, CI 77492]




Podkład ten jest zamknięty w szklanej, ciężkiej buteleczce opatrzonej czarną etykietą. Ma nowoczesny i przyjemny dla oka design. Wyposażony jest w pompkę, dzięki czemu wygodnie i higienicznie dozuje się kosmetyk. Producent zaleca wstrząsnąć podkład przed użyciem.



Ja mam odcień 20 Champagne. Jest to jasny, żółtawo-beżowy odcień. Z racji tonacji mojej karnacji cieszą mnie te żółte podtony. ;) Konsystencja podkładu jest kremowa. 
Zapach podkładu jest lekko wyczuwalny. Jak się wwącham czuję lekko słodki aromat amaretto. ;) 
Podczas aplikacji zaobserwowałam pierwsze słabe strony podkładu. Niestety nieestetycznie rozmazuje się na twarzy pozostawiając nieładne smugi zamiast wchłaniać się. Podkreśla też pory i zmarszczki osadzając się w nich. 





Zdecydowanie lepszym rozwiązaniem tutaj jest wklepywanie go gąbeczką. Efekt jest łagodniejszy, nie widać go na twarzy w miejscach, które chcielibyśmy ukryć. Po jakimś czasie podkład się układa i wygląda lepiej. Nie ma jednak efektu gładkości, lekkości, raczej podkreśla strukturę cery i ewentualne nierówności. 
Krycie moim zdaniem jest tu w miarę dobre. Nie jest mocno kryjący, ale wklepując kolejne warstwy można to krycie budować. Generalnie niedoskonałości i przebarwienia nie rzucają się w oczy. 
Do plusów zaliczyłabym trwałość. Muszę przyznać, że cały czas jaki mam go na twarzy (10 godzin) siedzi ładnie bez znikania. Kolejna rzecz na plus to trzymanie sebum w ryzach. Nie daje mocnego matu, ale pod koniec dnia nie muszę martwić się, że będę świecić się jak bombka. Ilość sebum na twarzy jest w granicach tolerancji. 
Podkład nie jest ciężki, nie czuje się go, nie oblepia, ale na twarzy wygląda podobnie do ciężkich podkładów. Nie ma efektu gładkości, lekkości, świeżości, raczej podkreśla strukturę cery i ewentualne nierówności. Obietnice dotyczące szybkiego wchłaniania się, świeżego i promiennego wyglądu nie sprawdziły się u mnie. Zgadzam się natomiast z dobrą trwałością podkładu i całkiem niezłym kryciem.





Dla mnie nie jest to podkład idealny, nie ma tego czego szukam w podkładach, moja cera w nim mi się nie podoba. Myślę jednak, że jest wiele osób, którym podkład będzie odpowiadał; np. z młodszą, gładszą, bezproblemową cerą. ;)

Mieliście do czynienia z tym podkładem? Jak Wasze wrażenia?


czwartek, 5 kwietnia 2018

DENKO MARZEC | Vianek, Biolaven, Organique, Sephora, Rituals, Bath&Body Works, Lancome, Bania Agafii, The Body Shop, Tony Moly.



Hej, hej :)

Witam Was radośnie wraz z piękną, wiosenna pogodą i tak pozytywnie nastawiona zapraszam na podsumowanie kosmetyczne minionego miesiąca. 
W marcu pożegnałam się z :



Co się u mnie sprawdziło, co polecam, a czego zdecydowanie nie? W dzisiejszym wpisie więcej narzekam niż chwalę. ;P



Vianek, normalizujący peeling do twarzy z ekstraktem z szałwii i spiruliną.  Peeling zawierający małe, ostre drobinki o świeżym, mentolowym zapachu. Lubiłam ten peeling, ale niestety termin zużycia  kosmetyku po otwarciu to 3 miesiące, co w przypadku 75 ml kosmetyku jest trudne. Nie zdążyłam go zużyć, więc połowa produktu się zmarnowała. :/

The Body Shop, migdałowy krem do rąk i paznokci. Bardzo fajny krem nawilżający, szybko się wchłania i dobrze nawilża. Występuje w dużej, ekonomicznej wersji 100 ml. 

TonyMoly, mini kremik do rąk z limitowanej serii świątecznej o zapachu czarnej wiśni. Śliczny zapach, wygodny w użyciu, szybko się wchłanie. Ot, odpowiedni kremik na dzień do torebki.


Rituals, The Ritual of Dao, olejek pod prysznic w miniaturze. Niczym mnie ten olejek nie zachwycił. Zazwyczaj po użyciu olejku pod prysznic skóra jest natłuszczona i nie trzeba już się balsamować, a tu nic z tych rzeczy, co mnie bardzo zdziwiło i zniechęciło.

Lancome, Monsieur Big Mascara, pogrubiający tusz do rzęs. Ten tusz też mnie nie zachwycił. Faktycznie pogrubiał, ale zlepiał rzęsy i  efektu wow! (jakiego oczekuję) nie było.

BioOleo, olejek ze słodkich migdałów z dodatkiem magnolii. Nie przepadam za olejkami i rzadko się zdarza, żeby mi odpowiadały. Zazwyczaj za ciężko mi z nimi na twarzy. Tutaj sprawa miała się podobnie. Olejek dostałam w pudełku urodowym. Próbowałam go użyć na różne sposoby, ale na twarzy za tłusto, do włosów nie sprawdzał się, jedynie do skórek się nadawał. Wymęczyłam go i więcej takich produktów nie chcę. 


Bania Agafii, Szampon Aktywator wzrostu włosów. Totalna klapa w kategorii kosmetyków do włosów u mnie. A tak się napaliłam na ten aktywator wzrostu. ;) Włosy były brzydkie, oklapnięte, trudne do rozczesania. Zdecydowanie nie polubiliśmy się z tym szamponem, nic dobrego u mnie nie zrobił.

Biolaven, szampon wzmacniająco-wygładzający do każdego rodzaju włosów z olejem z pestek winogron i olejkiem lawendowym. Z tego szamponu byłam zadowolona. Włosy były gładkie, zdrowo wyglądające, łatwe do rozczesania. Fajny i wart polecenia kosmetyk do włosów.

Bath & Body Works, Snowflakies & Lemon, mydło do rąk w płynie. Mydło z limitowanej oferty świątecznej pachnące chłodno, świeżo i cytrynowo. Bardzo fajny zapach, ale i sam kosmetyk bardzo przyjemny w użytkowaniu i nie wysuszał dłoni. Do mydeł B&BW jestem bardzo pozytywnie nastawiona i wciąż kupuję kolejne. :)

Isana, Creme Peach, mydło do rąk w piance. To mydło też mnie pozytywnie zaskoczyło. Przyjemny, prawdziwie brzoskwiniowy zapach i niezwykła wydajność. 


Organique, Czarna Orchidea, pianka do mycia ciała. Piękny zapach, ale konsystencja  nie jest zbyt wygodna w użytkowaniu. Dokładnie opisana w recenzji TU

Sephora, tonik odświeżający z wyciągiem z żeńszenia. Bardzo fajny o świeżym zapachu tonik bez alkoholu. Moja cera bardzo go lubiła. Chciałam go kupić ponownie, ale niestety nie mogę już go znaleźć w Sephorach.

Tak przedstawia się moje denko. Znacie te kosmetyki?

sobota, 31 marca 2018

L'ORÈAL | PARADISE EXTATIC MASCARA


Hej :)


Dzisiaj biorę pod lupę popularny ostatnio w blogosferze tusz do rzęs L'Orèal Paradise Extatic.
Tusz do rzęs to bardzo ważny kosmetyk u mnie, a makijaż oczu najważniejszym elementem w makijażu, więc tusze testuję bardzo chętnie. Ten tutaj, jako nowość zebrał przeróżne opinie, a jako, że lubię tusze Loreala postanowiłam przetestować go i ja. 
Jesteście ciekawi jak się sprawdził u mnie?



Paradise Extatic Mascara to tusz pogrubiający i dodający objętości. Jego zadaniem jest dodawać rzęsom intensywnej objętości, pogrubiać i wydłużać rzęsy, a także je podkręcać. Tusz zawiera mineralny pigment nadający rzęsom odcień głębokiej czerni, a obecność ekstraktu z chabru i olejku rycynowego działa nawilżająco i pomaga pielęgnować rzęsy. Polecany również dla oczu wrażliwych.



Opakowanie mascary jest metaliczno-złote i prezentuje się elegancko. Mamy tu 6,4 ml tuszu, więc jest stosunkowo mały w porównaniu do innych tuszów. Data ważności od otwarcia - 6 miesięcy. Szczoteczkę ma tradycyjną, raczej dużą, typową dla tuszów pogrubiających, z włoskami ustawionymi regularnie.



A tutaj mascara na żywo. ;)



Konsystencja mascary jest kremowa i faktycznie, trzeba przyznać, że czerń jest głęboka i intensywna. Tusz pogrubia i mocno definiuje rzęsy.
Jeżeli chodzi o aplikację, tusz trzeba nakładać bardzo ostrożnie i uważnie, żeby osiągnąć ładny efekt. Niestety zdarza się mascarze zostawić grudki, zlepić włoski i mamy owadzie nóżki zamiast rzęs. W ciągu dnia tusz potrafi też odbijać się na powiece, a pod koniec dnia niestety się osypuje.


Tutaj  Paradise Extatic Mascara na moich rzęsach. Na jednym oku (po lewej) się udało, nic się nie zlepiło, na drugim już tradycyjnie pozlepiane (tradycyjnie, bo najczęściej tak to właśnie wyglądało).



Nie jestem zachwycona tym tuszem. Skusił mnie pięknym opakowaniem ;) i tym, że jest spod szyldu Loreala (a to wśród ich tuszów właśnie mam wielu ulubieńców), ale ostatecznie sklejanie rzęs i osypywanie się nie zachęca mnie do ponownego zakupu. Nie było też źle, efekt na oku jest przyzwoity, ale żeby się nim zachwycić to za mało. 

A Wy? Mieliście do czynienia z Paradise Extatic Mascara?



sobota, 24 marca 2018

NOWOŚCI MARCA | Pixie, LIQ C, The Body Shop, Estee Lauder, Clinique, Michael Kors, Toni & Guy, Evree, Loreal


Hej, hej :)

Marzec dobiega końca, zapraszam więc na przegląd nowości kosmetycznych, które w tym miesiącu trafiły do mojego koszyka. Wiele z tych nowości kupionych jest pod wpływem nadchodzącej pory roku i związanym z nią corocznym kosmetycznym przebudzeniem i chęcią odnowy. Są tu produkty do pielęgnacji, makijażu, jak również i zapach na wiosnę. ;) Zobaczcie na co się skusiłam i co niedługo znajdzie się w recenzjach. Tradycyjnie wszystko zakupione w promocjach. :D


Superpharm. Tutaj znalazłam w bardzo dobrej cenie planowane przeze mnie od dawna produkty Liqpharm. LIQ CR - serum z retinolem oraz LIQ CG - serum z 7% kwasem glikolowym. Postanowiłam wziąć się za złuszczanie i odnowę swojej cery. Na pierwszy ogień poszedł kwas glikolowy. Przy okazji postanowiłam też przetestować krem do rąk Evree z olejkiem z cannabis i z olejkiem z cytryny. Lubię takie małe kremiki - to niezbędnik w mojej torebce.


Sephora. Przy okazji sephorowych promocji skusiłam się na zachwalany w blogosferze złuszczający tonik z kwasem glikolowym Glow Tonic Pixie. 


The Body Shop. To jeden z moich ulubionych sklepów, więc często tu zaglądam. Co tydzień są jakieś ciekawe promocje, więc wykorzystuję to do zakupienia moich ulubionych i stałych produktów. Takim produktem jest opiewane przeze mnie (do znudzenia) ;P rumiankowe masło do demakijażu. Postanowiłam też przetestować nowość - olejek w żelu do mycia twarzy z serii Oils of Life. Skusiłam się też na antybakteryjny żel do rąk Mango. Ociepla się, a to czas kiedy takie żele zaczynają mieć u mnie rację bytu.


Wyprzedaże 50% w sklepie Estee Lauder to niezaprzeczalnie okazja do zakupu kilku interesujących rzeczy i uzupełnienia zapasów. Porwałam więc swoje ulubione podkłady Estee Lauder Double Wear w odcieniu 1W1 oraz Clinique Even Better w odcieniu Alabaster i skusiłam się na zachwalany puder sypki Estee Lauder Perfecting Loose Powder w odcieniu Light. Przy okazji dla odświeżenia wiosennego looku zdecydowałam się na pomadkę w kredce Clinique Chubby Stick Intense w kolorze ciemnego różu z czerwonymi podtonami 05 Plushest Plum
Nie mogłam też odmówić sobie zapachu na przywitanie wiosny o świeżych, kwiatowych nutach z tuberozą na czele, czyli Michael Kors Michaela Korsa.


Popularne promocje w sklepie Rossmann. Tym razem było to 2+2 na produkty do włosów. 
Postanowiłam uzupełnić zapasy w farbach. Stosownie do mojego koloru, czyli chłodnego blondu wzięłam blondy z oferty marki Loreal: Recital PreferenceProdigy. Przy okazji skusiłam się na szampon i odżywkę do włosów cienkich Volume Addiction Toni & Guy. Wstępne testy wypadły pozytywnie.


Znacie któreś z pokazanych produktów? Co was najbardziej interesuje?



sobota, 17 marca 2018

MOJA CODZIENNA PIELĘGNACJA


Hej, hej :)

Na fali popularnych ostatnio na blogach postów o pielęgnacji postanowiłam i ja podzielić się z Wami tym, jak i jakimi kosmetykami aktualnie dbam o swoją twarz. 



PIELĘGNACJA PORANNA

Pielęgnację poranną rozpoczynam od umycia twarzy. Wiem, że jest mnóstwo różnych opinii w kwestii "myć czy nie myć" (bo przecież rano twarz jest czysta), ale nie, nie jest czysta, bo przez noc skóra się regeneruje, złuszcza i rano mamy na niej resztki martwego naskórka, sebum, kurz, itd... Ja to wszystko rano na niej czuję i mam naturalną potrzebę oczyszczenia twarzy. Do oczyszczania twarzy można używać różnych preparatów, zależnie od rodzaju cery. Ja wybieram żel myjący, bo mam tłustą cerę, ale zależy mi na tym, aby ten żel był delikatny i nie powodował ściągnięcia skóry twarzy. Obecnie używam oczyszczającego żelu węglowego Carbo Detox Bielenda, który delikatnie i skutecznie oczyszcza moją twarz. Po umyciu twarzy nakładam na nią tonik. Służy on do  przywrócenia odpowiedniego ph skóry, oczyszcza i odświeża cerę. Dla mnie ważne też jest, żeby tonik nie zawierał alkoholu i niepotrzebnie nie wysuszał mi skóry. Obecnie używam toniku Glow Tonic Pixie, który dodatkowo zawiera kwas glikolowy i działa złuszczająco. Ponadto, dokonałam małych zmian w kwestii aplikacji toniku. Zamiast przecierania twarzy płatkiem nasączonym tonikiem nakładam tonik dłońmi. Nie marnuje się tyle produktu i skóra dostaje więcej. Po tonizacji kolejnym krokiem jest nałożenie kremu. Pod oczy nakładam lekki krem rozjaśniający, rozświetlający i pobudzający krążenie GinZing Origins, a na twarz nawilżający i ochronny krem z olejem z pestek winogron i olejkiem lawendowym Biolaven. Na szczęście, pomimo olejków w składzie wchłania się do matu.




PIELĘGNACJA WIECZORNA

Pielęgnację wieczorną zaczynam od demakijażu. Do zmycia wszystkich warstw makijażu lubię używać olejku lub masełka, które szybko rozpuszcza nawet bardzo oporny makijaż. Moim ulubionym produktem w tej kategorii jest rumiankowe masło do demakijażu The Body Shop. Skutecznie i delikatnie zmywa makijaż z całej twarzy. Smaruję masełkiem twarz i zmywam zwilżonym ciepłą wodą wacikiem. Oczy też można nim potraktować, ale do oczu mam specjalny płyn dwufazowy Yves Rocher - również stała pozycja na mojej  łazienkowej półce. Po zmyciu poszczególnych partii twarzy wszystko zmywam wyżej wspomnianym  żelem myjącym Bielendy. Do oczyszczania twarzy bardzo lubię też używać gąbeczki Konjac. Skóra po jej użyciu jest pięknie oczyszczona i wygląda zdrowo. 




Kolejne kroki są takie same jak w przypadku porannej pielęgnacji. Po umyciu twarzy stosuję tonik, krem pod oczy i krem do twarzy.Wieczorem decyduję się na bardziej treściwe i pielęgnujące kremy. Obecnie używam kremu odżywczo-naprawczego E-Defence Anew Clinical Avon, który sprawia, że skóra jest ukojona i miękka, a pod oczy używam teraz łagodzącego kremu Sylveco. Pod koniec dnia włączam również dodatkową pielęgnację w postaci serum. W tym momencie pracuję nad rozjaśnianiem przebarwień, dlatego do wieczornej pielęgnacji włączyłam serum LIQ CG z kwasem glikolowym.



Oprócz porannej i wieczornej pielęgnacji, ważna jest też dodatkowa pielęgnacja w postaci maseczek. U mnie niestety jest to pielęgnacja głównie weekendowa. Zawsze kiedy nadchodzi weekend stosuję  peeling, maseczkę oczyszczającą i maskę w płachcie rozkładając to na dwa dni. Staram się również pamiętać o maseczce w połowie tygodnia, żeby moja pielęgnacja dawała lepsze efekty. Ogólnie jestem ze swojej cery zadowolona i muszę powiedzieć, że takie przemyślane dbanie o swoją skórę popłaca.



Ostatnim etapem pielęgnacji jest odpowiednio długi i zdrowy SEN.  Nad tym jeszcze pracuję. ;)

niedziela, 11 marca 2018

HOLIKA HOLIKA | PURE ESSENCE MASK SHEET - LEMON 🍋


Hej, hej :) 

Witam weekendowo, czyli z maseczką w akcji. :) 👽
Jak na weekend przystało, jest pięknie i słonecznie. Powoli wychodzimy z zimy, jest to więc ostatni dzwonek, żeby pozbyć się niechcianych przebarwień na twarzy. Działają w tym kierunku preparaty rozjaśniające i złuszczające z wit.C
 i z kwasami, a ponieważ ja również walczę z przebarwieniami to wyciągnęłam maseczkę działającą właśnie w tym kierunku.


Pure Essence Mask Sheet marki Holika Holika to kolekcja 10 maseczek na bawełnianej płachcie z pielęgnującymi ekstraktami z roślin i owoców.
Ja z tej kolekcji wybrałam wersję Lemon z ekstraktem  z cytryny. Maska ta ma właściwości rozjaśniające skórę (szczególnie plamy depigmentacyjne), przeciwbakteryjne i ściągające. Oczyszcza skórę, odświeża i dodaje blasku. Ekstrakt z cytryny jest bogaty w witaminę C - składnik, który jest naturalnym antyoksydantem i niszczy wolne rodniki. Zapobiega przedwczesnemu starzeniu się skóry i pomaga w walce z niedoskonałościami. Fitohormony obecne w cytrynie sprawiają, że skóra staje się napięta, sprężysta, a zmarszczki pojawiają się o wiele wolniej.



Skład:

Water, Glycerin, Dipropylene Glycol  , Betaine, Polyglyceryl-10 Laurate, Butylene Glycol, Centella Asiatica Extract, Paeonia Suffruticosa Root Extract, 1,2-Hexanediol, Allantoin , Panthenol  , Citrus Limon (Lemon) Fruit Extract, Chamomilla Recutita (Matricaria) Flower Extract, Arginine, Carbomer, Glyceryl Caprylate, Xanthan Gum, Ethylhexylglycerin, Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Oil, Pyrus Malus (Apple) Fruit Extract , Carica Papaya (Papaya) Leaf Extract, Viola Tricolor Extract, Lavandula Angustifolia (Lavender) Flower Extract, Centaurea Cyanus Flower Extract, Disodium EDTA

Opakowanie maski jest bardzo estetyczne i radosne. Cytryna z jej właściwościami wybielającymi zdecydowanie przemawia do nas z półki. Co fajne, opakowanie ma w górnym, prawym rogu "łatwe otwieranie" i rzeczywiście,
 szybko i sprawnie, bez rozrywania da się otworzyć saszetkę.



W środku mamy cieniutką, bawełnianą płachtę o charakterystyce żelopodobnej, co ułatwia jej dopasowanie się do kształtu twarzy i idealne przyleganie do skóry. Trzeba przyznać, że płachta faktycznie bardzo dobrze trzyma się twarzy i można w niej wykonywać domowe czynności. Ponadto, przepuszcza ona powietrze i pozwala skórze oddychać. Jej kolejnym plusem jest to, że jest bardzo obficie nasączona, a część esencji pływa jeszcze w opakowaniu. Zapach jest dyskretny, nie rzuca się w nozdrza. Jest lekko cytrynowy i jak się wwącham wyczuwam aromat typowy dla kosmetyków naturalnych. 


Maskę mamy trzymać na twarzy 10-20 minut, a po zdjęciu resztę esencji wklepać w skórę.
Esencja po zdjęciu maski bardzo długo się wchłania i twarz jest niestety klejąca. Lepiej ją zatem robić na wieczór, żeby nie musieć cennego kosmetyku zmywać przed wyjściem, tylko pozwolić mu działać.  Działanie maski po pierwszym razie nie jest jakieś spektakularne, ale rozjaśnianie przebarwień to nie jest kwestia natychmiastowego działania, tu zawsze trzeba więcej czasu. Natomiast ja działanie esencji odczułam, bo przy przedłużonym trzymaniu (jak zwykle u mnie) niektóre miejsca miałam lekko zaczerwienione (ale tylko przez kilka minut). 
Efekt jaki maska zostawiła u mnie to rozświetlona cera. Muszę przyznać, że w porównaniu do wielu innych masek, jakość płachty i esencji oraz jej obfitość zrobiła na mnie bardzo  pozytywne wrażenie. Minusem jest lepkość i słaba wchłanialność preparatu. 




Mieliście maski z serii Pure Essence Sheet Mask? Mają bardzo dużo maseczek w swojej ofercie, każda kusi i mam ochotę również na inne wersje.